W fabryce

Praca w Chińskiej fabryce zawsze kojarzyła się z pracą dzieci, wyzyskiem, biedą, niebezpiecznymi warunkami i niekończącymi się zmianami. Tymczasem szybko się to zmienia. Nawet Polskie media pisały o wycieczkach jakie finansowali chińscy właściciele fabryk tysiącom swoich pracowników. Sześć tysięcy poleciało na koszt pracodawcy do Paryża, gdzie zajęli prawie wszystkie miejsca w 200 hotelach, ponad 12 tysięcy z innej firmy poleciało do Tailandii, z innego zakładu, kobiety poleciały do Korei, gdzie mogły zobaczyć miejsce akcji ich ulubionych telenowel. Sponsorem wyjazdu do Paryża jest pan Li JinYuan. Właściciel firmy Tiens, produkującej farmaceutyki i kosmetyki. , Podobno w Paryzu powitano go czerwonym dywanem. Wyjazd kosztował 7 milionów euro i na jego potrzeby wyczarterowano 20 samolotów. W 2016 roku wysłał, może tych, którzy się załapali na pierwszy wyjazd, do Hiszpanii. Na zdjęciu wycieczka do Paryża. Strasznie mi się ta akcja podoba, szef musi być niesamowitym człowiekiem z takim gestem i wyobraźnią. Amerykański sen może się schować.

Pracownicy for my Tiens na wycieczce w Paryzu

A post shared by iloveyourmici (@iloveyourmici) on

Li JinYuan

A post shared by iloveyourmici (@iloveyourmici) on

Także w mojej fabryce nie jest źle. Firma należy do jednej z największych firm wnętrzarskich w Chinach, specjalizującej się w projektach centrów handlowych. O planach wycieczki do Paryża jeszcze nie słyszałem, ale na początku tygodnia szefostwo postanowiło wysłać większość pracowników do pobliskiego Shenzhen, gdzie mamy główną siedzibę. Podejrzewam, że cały wyjazd mógł być nakręcony tylko po to, żeby przy okazji wykorzystać mnie jako białą małpę i pokazać mnie kilku klientom. Mam ogromny sentyment do Chin i mimo, że tak daleko od Pekinu, zaraz po przekroczeniu granicy na mojej twarzy pojawia się, rzadko tam widziany uśmiech. Odległość niewielka, ale widać różnicę. Inaczej ubrani ludzie, często inny język i chińskie marki samochodów, cała masa elektrycznych, również autobusów. Siedziba główna mieści się w całkiem eleganckim, nowoczesnym biurowcu, w którym znajdują się też Microsoft i potężna chińska marka Tencent. Biuro zajmuje całą kondygnację, jest przestronne, jasne, świeżo wyremontowane, widać inspiracje amerykańskimi korporacjami jak Google, ale są też chińskie smaczki. Na przykład zielona ściana w holu z plastikowych roślin, do których przymocowano wielkie plastikowe motyle, kiepskiej jakości dizajnerskie meble itp.

Siedziba glowna

A post shared by iloveyourmici (@iloveyourmici) on

Zasiadamy w małym, otwartym audytorium, gdzie jedna z pracownic, w dość ciekawym stroju, pokazuje nam prezentację multimedialną, z której dowiemy się wielu ciekawych rzeczy o naszej firmie. Pojawia się wiele liczb i modnych haseł, 500 pracowników, 300 projektów w 100 miastach. Na jednym ze slajdów jest bardzo kiepskiej jakości centrum handlowe, a prezenterka oznajmia, że otrzymaliśmy za nie francuską nagrodę. Francuską nagrodę? pytam kolegę? Tak, francuską nagrodę, ale taką lewą. Płaci się za udział w konkursie dużą sumę i każdy uczestnik dostaje nagrodę. A tak, teraz wszystko pasuje, takich dziwnych dyplomów wydrukowanych na tuszowej drukarce na kiepskim papierze wisi na ścianie dość sporo.

A post shared by iloveyourmici (@iloveyourmici) on

Po prezentacji większość kolegów wybiera się na wycieczkę żeby zwiedzić nowe lokalne centra handlowe, w poszukiwaniu świeżych trendów, a ja zostaję z moją menadżerką i czekamy na wielkiego szefa. Gdy jesteśmy już sami ta oznajmia mi, że kilka uwag co do mojego stroju – miałem ubrać się elegancko na spotkania. Mam odwinąć nogawki spodni, buty się nie nadają i pada pytanie czy wyprasowałem koszulę. No nie wyprasowałem, ale jest lniana więc może nie trzeba? Okazuje się, że w biurze jest żelazko i ktoś mi ją wyprasuje. W mikro bibliotece bez okna zdejmują koszulę, podaje przez szparę w drzwiach i półnagi przeglądam książki. Na górnej półce stoją opasłe tomiska, takie po 1000 stron z tytułem „wybrane projekty- i tu nazwa naszej firmy”. Sięgam po jedno z nich i się okazuje, że to tylko atrapa książki. Puste pudełko z okładką. Widziałem już wcześniej w Chinach takie lewe książki np. w lobby hotelowych, ale robione na zamówienie dla firmy to nowość. Widać kraj się rozwija. Na jednej z półek w biurze wpada mi w oko jeszcze taki smaczek, może ktoś rozszyfruje:

Grzegirze

A post shared by iloveyourmici (@iloveyourmici) on

Podśmiewam się ze swojej firmy,  przez co czytający blog potencjalni pracodawcy z Polski mogą nie dać mi szansy, ale muszę przyznać, że jak na Hong Kong jest mi dobrze. Pierwszy raz w życiu miałem podsumowanie mojego pierwszego miesiąca w pracy, gdzie usłyszałem więcej komplementów niż przez całe życie od rodziców 😉 Nie no żartuje mamo. Na każde zadanie dostaję dużo więcej czasu niż potrzebuję. Nie mam nadgodzin, wychodzę 10 min po szóstej (pracuje się tu od 9 do 6) a to tylko dlatego, że do pracy docieram 10 min po dziewiątej. Poprzednia praca, w której o 4 rano robiłem sobie dwu godzinną drzemkę pod biurkiem w czasie całonocnych maratonów wydaje się odległym koszmarem.

Sloneczne Shenzhen z 56 Pietra

A post shared by iloveyourmici (@iloveyourmici) on

Opublikowano w Architektura, Azja, Bez kategorii, Biznes, Chiny, Praca, Życie w Chinach | 1 Odpowiedź

Masadżi

Opublikowano w Azja, Bez kategorii, Chiny, Hong Kong, Życie w Chinach | 3 Odpowiedzi

Typowa chińska chujówka czyli podsumowanie mojej architektonicznej kariery w Azji

Długo trzeba czekać teraz na mój wpis bo mało się dzieje. Ustatkowałem się, żyję spokojnie na mojej cudownej wyspie gdzie w styczniu mamy dalej 20 stopni. Kupiłem buty i poszedłem na trening FC Lamma, w piłkę nie grałem chyba od czasów podstawówki w Suwałkach, ale trzeba się poruszać. Po treningu sporo osób idzie na piwo i tak udało mi się poznać kolejną grupę mieszkańców Lammy. We wtorki w Island Barze jest promocja – piwo za 20HKD jeśli zapłacisz banknotem 20HKD. Promocja przerodziła się już praktycznie w cotygodniowy mikro festiwal, chyba z braku innych wydarzeń na wyspie. W łikendy sprzedajemy nasze kurczaki – Sunday Korean Chicken. Ze stolika w dżungli już się trochę rozrośliśmy, staliśmy się rozpoznawalną marką na wyspie i chyba też przez to zrobiliśmy sobie trochę wrogów wśród lokalnych restauratorów – to jeden z minusów życia w tak małej społeczności.  Nasze kurczaki też będą dobrym materiałem na kilka wpisów, ale jeszcze jest na to za wcześnie. I tak powoli stajemy się chyba lokalsami, pozwolicie, że tak brzydko spolszczę.

Nadchodzą jednak zmiany. Wygląda na to, że zakończę po pół roku swoje bezrobocie i jutro pójdę podpisać kontrakt. Myślę, że to dobra okazja, żeby podsumować moją architektoniczną karierę w Azji. TLTR była to równia pochyła w dół.

W zdaje się październiku 2010 roku wylądowałem pierwszy raz na chińskiej ziemi. Wybrałem Pekin, bo jeśli mieszkać w Chinach to w najbardziej chińskim mieście, a nie w HK czy SH. W planach miałem całe tournee, jeśli nie uda się w Pekinie polecę do Szanghaju, potem do Hong Kongu, a jeśli dalej nie będę miał pracy to zahaczę jeszcze o architektoniczny Sybir czyli Dubaj. Wszystko jednak poszło gładko, dzień po rozesłaniu CV dostałem pierwszy telefon z zaproszeniem na rozmowę, a po nim kolejne. Dalej pamiętam to uczucie, kiedy wyszedłem z pierwszej rozmowy, na której dostałem propozycję pracy. Zaproponowano mi 10.000 RMB, kwotę niewielką, ale wystarczająca na przeżycie w Pekinie. Wiedziałem, że mam już jakąś opcję i wszystko będzie dobrze. Rok 2010 był jeszcze dobrym czasem, żeby przyjechać do pracy do Chin. W ciągu tygodnia miałem miałem chyba 7 rozmów i po dwóch tygodniach od lądowania siedziałem już za biurkiem w chińskim biurze. I to patrząc z punktu widzenia karierowicza był pierwszy błąd. Miałem jeszcze ofertę z biura niemieckiego i amerykańskiego, ale postawiłem, że chcę doświadczyć Chin pełną gębą. Mało było jeszcze wtedy źródeł o pracy w tym kraju, nie wiedziałem jeszcze wtedy jak niska może być jakość architektury w lokalnej firmie i jak bardzo źle wygląda to w portfolio. Jednak jako przygoda był to wybór doskonały, szybko zostałem głównym projektantem, wyjazdy w różne zakątki Chin, miejsca, o których nikt nie słyszał, picie baijiu z klientami, cygaro od Mao Tsetunga. W niemieckim biurze siedziałbym sobie cicho za biurkiem i pewnie nic bm nie zobaczył.

Po roku zacząłem czuć frustrację, żadna z koncepcji nie zmierzała w kierunku realizacji, w biurze nie było nikogo od kogo mógłbym się uczyć, trochę bardziej zorientowałem się w sytuacji i postanowiłem znaleźć lepszą firmę. Rok 2012 był już chyba początkiem końca. Zachodnich architektów na rynku było już sporo, moje doświadczenie nie robiło wrażenia na dobrych firmach i zdałem sobie sprawę, że chińska firma nie była najmądrzejszym wyborem. Postawiłem sobie za cel, że odbuduję swój wizerunek. Chyba tylko dlatego, że mówiłem po chińsku dostałem pracę w IROJE, najlepszej południowo koreańskiej firmie. Sekretarka nie mówiła po angielsku i prawdopodobnie nie mogła skontaktować się z nikim innym. Iroje jest piękną maszyną, bardzo uporządkowaną, z mocną podstawą teoretyczną, detalami, hierarchią i bogatym portfolio. Ich oddział w Pekinie istnieje niestety tylko na pokaz i cała magia odbywa się w Seulu. Ja wraz z dwoma zesłańcami z głównej siedziby coś robiliśmy, ale bardziej się czułem, jako widz tego co się dzieje gdzieś daleko, niż czynny uczestnik. Mimo wszystko robiliśmy mnóstwo nadgodzin pracując nad jakimiś pierdołami. Koledzy z Korei chyba byli zadowoleni mogąc odetchnąć od zapieprzu, dla mnie ilość nadgodzin była ekstremalna. To co wyniosłem z tego biura to chyba wizję tego jak dobra pracownia powinna wyglądać i po przeczytaniu książki napisanej przez szefa odpowiedziałem sobie na pytanie, które nie dawało mi spokoju po pracy w chińskim biurze. Czym właściwie jest dobra architektura? Jak ją zdefiniować? Dla tych, których męczy to samo pytanie polecam lekturę „Beauty of poverty”. Po Pekinie miałem ochotę na nowe przygody i wylądowałem w Kuala Lumpur, co było też kiepską decyzją. Lecąc tam myślałem, że skoro tak sprawnie poradziłem sobie sam w Chinach to równie dobrze pójdzie w nowym kraju. Dopiero po jakimś czasie przypomniało mi się jak ciężko zacząć życie w nowym miejscu bez żadnych znajomych. Największym plusem była praca. Zatrudnił mnie Brytyjczyk, który prowadził niedużą, może 10 osobową firmę. Siedzibę mieliśmy w willi z ogrodem w mieszkaniowej dzielnicy. Buty zostawiało się przed wejściem. Dostałem prace jako kreatywny, chyba jako jedyny w biurze poza szefem miałem możliwość robienia koncepcji. Szef – jak dla mnie wzór – wspierał moje projektowanie dobrą radą, ale nic nie narzucał. Dostałem nawet szansę zrobić koncepcję nowego narodowego lotniska dla Manili jakkolwiek naiwnie to brzmi. W Malezji wytrzymałem 9 miesięcy z czego 6 pracowałem. Kolejny słaby punkt w portfolio. Tak krótki staż lepiej usunąć z CV bo wygląda mało wiarygodnie przy rozmowie o pracę. Do Azji wróciłem we wrześniu 2016 po krótkiej przerwie w Polsce. Zacząłem wysyłać CV bardzo pewny siebie. Mówię trochę po Chińsku, mam doświadczenie z Chin, dostanę pracę w każdym biurze. Okazało się, że nie jest tak jak myślę. Mówię trochę po chińsku, ale za słabo żeby prowadzić projekt, brak Kantońskiego uniemożliwia mi kontakt z lokalnymi wykonawcami i deweloperami a do tego nie znam lokalnych przepisów. Po 3 miesiącach zasypywania 300 biur z mojej listy mailami, gdy oszczędności życia były juz na wyczerpaniu, udało mi się dostać tymczasową pracę, przez znajomych w austriackim Baumschlager Eberle. Kolejna perełka, pracowałem przy projekcie budowlanym centrum handlowego, nadrabiałem braki w detalach, wszystko szło w dobrym kierunku odbudowania mocnego CV. Niestety po 6 miesiącach projekt się skończył i nie dostałem pełnej oferty pracy. Kolejne pół roku w portfolio, które wzbudzi podejrzenia potencjalnych pracodawców. Dalej 4 miesiące bezrobocia i twarde lądowanie w lokalnej firmie. Na pierwszym spotkaniu w usłyszeliśmy, że klient odrzucił kolejna koncepcję i to jest nasza ostatnia szansa. Jeśli stracimy projekt to stracimy też pracę. Szef mówił: „You have to bite the bullet”. Tym razem udało nam się wybronić, ale ta kryzysowa sytuacja miała miejsce co tydzień. Mnóstwo nadgodzin, setki nerwowo wypalonych papierosów, noce spędzone w biurze i pochodzący z bogatej rodziny szef, który do pracy przychodził o 18. Czasami nazywał nas wieśniakami bo nie mamy pojęcia jak projektować dla bogatych. To też różni Hong Kong od innych krajów, luksusowe projekty. W Polsce architektura jest dość typowa. Standardowe detale i rozwiązania, podobne, dostępne materiały. Tu bardzo dużo rzeczy robi się na zamówienie, okna, balustrady, meble z wykorzystaniem mosiądzu, marmurów. Materiały sprowadzane są z całego świata. Przez rok wracałem wściekły z pracy do domu, dojazd zajmował mi 1,5h w jedną stronę i często musiałem biec, żeby zdążyć na ostatnie metro. Projekt był jednak ogromny, klient wymagający i nadrobiłem zaległości w części technicznej, której najbardziej mi brakowało. Szef i menadżerowie nie potrafili uratować projektu. Klient nie zapłacił, a firma mając zaległości wobec konsultantów liczone w milionach zbankrutowała. Ostatnie dwa miesiące pracowałem na zlecenie w jednej firmie z żoną. W małym, włoskim biurze wnętrzarskim i wnętrza w Hong Kongu, jeśli jest dobry klient, mogą być dużo ciekawszym wyzwaniem niż lokalna architektura. Klient jest bogaty i bardzo wymagający. Interesuje go każdy szczegół jego luksusowej willi, otwarty kominek z wielkiej płyty trawertynu, biurko z orzecha, szwy na skórzanych uchwytach drabinki w dwupoziomowej bibliotece. Możliwość skupienia się na takich detalach daje duże pole do popisu i mogłoby być dobrą szkołą przed praca w architekturze.

A podsumowanie takie piszę, bo dostałem ofertę pracy w firmie z Chin komunistycznych. Oddział w Hong Kongu. Historia mojego CV zatacza koło, po próbach poprawy portfolio znowu jestem na dnie, w firmie jak ta z 2010 roku z Pekinu. Przyjemnie było przyjść na rozmowę i widzieć jak się dyrekcji oczka świecą podczas rozmowy ze mną, jak słuchają o projektach w moim portfolio i jakie wrażenie na nich robi to, że coś tam mówię po chińsku. Pytają czy nie mam nic przeciwko wyjazdom do Chin na spotkania z klientami, czy mogę prezentować projekty przed duża grupą ludzi. Znowu będę białą małpą. Chcą też żebym był odpowiedzialny za koncepcję. Nie muszę się martwić o detale, nie będę robił żadnych rysunków technicznych. Od tego mamy 500 osób rozrzuconych w kilku miastach w Chinach. Niby cała próba poprawy wizerunku na nic, ale od 2010 zmieniło się to, że chyba wiem już więcej, praca pod kimś strasznie mnie irytuje i może będę wstanie tym razem stworzyć coś mądrego. Mam nadzieje, że odżyje też blog bo na tych wyjazdach do Chin zawsze jakieś dziwne rzeczy się dzieją. A jeśli nie, to dzięki temu, że mam teraz wizę dla małżonków, która pozwala mi pracować gdzie chcę, będę w stanie na spokojnie poszukać czegoś ciekawszego. Moje doświadczenie patrząc na pojedyncze firmy jest dość mizerne, ale jako całość robi się z tego coś ciekawego. Pracowałem przy tylu różnych projektach, na wszystkich etapach, że co się nie trafi to jakoś już sobie poradzę. Wojtek Inżynier skomentował, że po tylu latach dziwi się, że nie jestem milionerem, w tym tygodniu zaczynamy rok koguta, może ten rok będzie rokiem robienia pieniędzy.

Wizyta w swiatyni w intencji o dobra prace

A photo posted by iloveyourmici (@iloveyourmici) on

Koleżanki z pracy żony zabrały mnie dziś do świątyni na modły w intencji dobrej pracy.

Opublikowano w Architektura, Azja, Chińskie koszmary architektury, Chiny, Hong Kong, Praca, Życie w Chinach | 7 Odpowiedzi

Kwota wolna od podatku i inne ulgi w Hong Kongu

Dostałem Hongkonskiego zielonego pita. Zmartwił mnie trochę, bo na ogół płaci się 10% z całego roku na koniec roku podatkowego i część firm daje na to 13sta pensję. Moja firma nie dała. Odłożyłem na bok i zapomniałem. Po miesiącu dostałem ponaglenie, jeśli w ciągu miesiąca nie wypełnię grozi mi kara więzienia i grzywna. Dziś wysłałem, jutro ostatni dzień. Przez pierwszy rok w Hong Kongu podatku się nie płaci, po roku są ulgi. Widzę, że już kiedyś o tym pisałem. Wrzucam tabelkę. Mam 132tyś HKD kwoty wolnej od podatku, 240tyś ulgi dla małżonków i 100tyś za każde dziecko. W tym roku za dużo nie popracowałem, wyszło mi 250tyś HKD zarobku i 472tyś HKD ulgi podatkowej. 30-40tyś HKD to taka średnia pensja architekta tutaj, na wyższym stanowisku może być dużo więcej, wiem, że szef oddziału w firmie koleżanki miał 160tyś HKD miesięcznie. Ja ledwo połowę ulgi dosięgnąłem. Wychodzi na to, że będąc mężem i tatą przy pensji 20tyś złotych miesięcznie, co daje już dość wygodne życie, podatku nie płaci się wcale. Takie ulgi plus bardzo tania pomoc domowa z Filipin bardzo ułatwia życie klasie średniej. Podatki płacą bogaci. Znowu o pieniądzach, ehh…

zrzut-ekranu-2017-01-03-o-3-45-21-pm

Opublikowano w Azja, Hong Kong, Praca, Życie w Chinach | 1 Odpowiedź

Lamma Island – Wyspa Lamma

Jako, że jestem znowu poniekąd bezrobotny w najdroższym mieście świata może znajdzie się czas na pisanie. Biały Chińczyk nie odpuszcza, dobry wzór do naśladowania. Wiele osób zrobiło ze swoich blogów w między czasie maszynki do robienia pieniędzy.

Znowu jestem bezrobotny bo firmę dotknął kryzys. A może bardziej utrata projektu, który przerósł mojego ostatniego pracodawcę. Po 30 latach funkcjonowania liczba pracowników została zredukowana z 25 do 5. Muszę powiedzieć, że utrata praca mnie specjalnie nie zasmuciła. W takim obozie pracy jeszcze nie robiłem. Nawet u Koreańczyków było luźniej. Hong Konski szef, pochodzący z bogatej rodziny, lubił nazywać swoich pracowników wieśniakami, bo nie mamy pojęcia o luksusie. Nie raz ucinając sobie krótką drzemkę o 4 rano na próbkach dywanów pod biurkiem, zastanawiałem się co się stało z moim życiem? Śpię na podłodze, w biurze w Hong Kongu! Trochę abstrakcja. Wszystko jednak się dobrze złożyło, pracę dostała moja małżonka, a ja będę miał teraz wizę dla małżonków. Wiza ta jest o tyle lepsza od wizy pracowniczej, że nie wiążę mnie z jednym pracodawcą i daje mi możliwość pracy bez formalności gdzie tylko mi się podoba. Chodzi mi po głowie taki pomysł, żeby spróbować popracować w różnych dziwnych miejscach. Praca na godziny za najniższą stawkę. Najniższa stawka w HK 32.5 HKD czyli jakieś 16 zł i wyżyć się z tego nie da. Nieraz patrze na mieszkańców biedniejszych dzielnic HK i myślę, że muszą się liczyć z każdym dolarem. Kontrast między nimi, a tymi, którym się powodzi jest drastyczny. Chciałbym to zrobić z powodów dziennikarskich powiedzmy.

Tymczasem zająłem się tym co zawsze chciałem robić czyli meblami. Trafiło mi się zlecenie na bibliotekę i świetnie się bawię. Postępy można śledzić na moim instagramie Made In Suwalki

Ale chciałem napisać o miejscu gdzie mieszkamy. Lamma Island. Jakoś po polsku brzmi dziwnie. Wyspa Lamma. Hong Kong większości odwiedzających kojarzy się z drapaczami chmur, tłokiem, wąskimi uliczkami itp. Tak wygląda większa część HK Island. Ciasto też jest na półwyspie Kawloon, gdzie wielu robi zakupy. Ale jest jest jeszcze wiele innych wysp. Półtora roku temu zamieszkaliśmy na Lammie. Wyspa znajduje się na południe od HK Island, zamieszkuje ją wg Wiki ponad 6000 osób i nie ma z nią połączenia mostem. Można tam się dostać tylko promem. Ewentualnie prywatną łódką. Dla Hong Kończyków jest to prowincja, wieś? Chyba żaden powód do dumy, że się tam mieszka. Dla mnie jedyne miejsce w Hong Kongu gdzie mógłbym mieszkać. Od lata wyspę upodobali sobie obcokrajowcy, którzy muszą stanowić już spory procent mieszkańców. I chyba właśnie oni stworzyli tu bardzo ciekawą społeczność.

Nie przychodzi mi do głowy żadne inne miejsce gdzie można znaleźć tak dziwnie wyselekcjonowaną grupę ludzi. Wielu z nich prowadzi swoje interesy w centrum, a tu wraca, żeby odpocząć. Wyspa jest nieduża. Znajdują się na niej dwa główne „skupiska” Yung Shue Wan na północy i Sok Kwu Wan w środku. Z jednego miejsca do drugiego możemy dojść w niecałą godzinę. „Skupiska” dzielą się na mniejsze wsie, chociaż wsie są to inne niż w Europie. Prawdopodobnie w ramach jakiegoś programu zagęszczania ludności, większość budynków to małe kostki – apartamentowce. Każdy jest wykończony płytkami, ma 3 kondygnacje, na każdej po 2 mieszkania po ok 70m2 i chociaż odstęp między budynkami często wynosi zaledwie jeden metr, w porównaniu z Centrum można tu odetchnąć.

Na wyspie nie ma samochodów, poza kilkoma małymi pojazdami do transportu towarów. Wiele osób jeździ na rowerach, część na hulajnogach, większość chodzi na piechotę. Ulice właściwie są tylko dwie, nie licząc alejek między budynkami. Ulica Główna i Ulica Tylna. I przy tych dwóch ulicach znajdują sie wszystkie sklepy i restauracje. Zagęszczenie i rozmiar wyspy sprawiają, że po roku czasu na wyspie, można znać już połowę mieszkańców. Drugą połowę zna się z widzenia. Wyspa dawniej była bardzo hipisowska. Teraz może już mniej, ale charakter pozostał. Probuję ten bałagan jakoś udokumentować na moim kolejnym koncie instagramowym Lamma.Projects .

Ponieważ na wyspę trudno dotrzeć, a jeszcze trudniej coś przetransportować, panuje tu pełny recycling mebli i innych przedmiotów użytkowych. Na lokalnej grupie fejsbukowej można kupić wszystko za grosze. Ludzie wprowadzają się i wyprowadzają, łóżka, stoły, kanapy krążą od jednej osoby do drugiej. Zdarza się, że ktoś wystawia na sprzedaż szafę, a ktoś pisze, ze miał ją kilka lat temu i chętnie odkupi. Podobnie z zabawkami dla dzieci, sprzętami kuchennymi itp. Książki mają standardową cenę 10 HKD i często są bardzo już zczytane.

Ciekawym zjawiskiem jest też powszechna potrzeba działania. Powstaje tu wiele mikro biznesików, ludzie robią piwo, mydło, kosmetyki, prowadzą zajęcia jogi albo np tak jak my sprzedają nielegalnie kurczaki.

Sunday.korean.chicken to jeszcze jedno konto instagramowe, ten instagram to już troche choroba.

Jest tu szkoła tańca i dwa kluby wioślarskie. Do jednego z nich należymy. Lamma Dragons – wyścigi smoczych łodzi. W każdej łodzi jest około 20 osób, klub ma męską załogę i żeńską plus rezerwowi, więc zapisując się do niego poznajemy na raz 50 osób. Po zawodach zawsze miejsce ma wielkie picie piwa więc można się dość szybko zintegrować.

Lamma dragons end of season

A photo posted by HyaewonLee (@sssantoggi) on

Skoncentrowanie osób z pomysłami inspiruje kolejnych. Może jest to trochę jak w biurze, gdzie ludzie prowadzący mały biznes wynajmują pojedyncze biurka i dzielą się międzydyscyplinarnie pomysłami. Kilka osób zainwestowała w generator, wielkie kolumny, sprzęt didżejki i organizują raz na jakiś czas imprezy. Najczęściej na plaży, ale czasami zdarza się też impreza elektro nad wodą na skraju dżungli. Ta sama grupa organizuje też kino na plaży i czasami myślę, że jeśli zostaniemy tu za długo, mój syn będzie brał takie kino za standard.

Przestępczości tu nie ma. Jest posterunek policji i czasami można spotkać funkcjonariuszy na patrolu między budynkami, ale ostatnimi laty było tylko jedno włamanie.  Kilka miesięcy temu nie mogłem znaleźć portfela po porannych zakupach. Zastanawiałem się, czy nie wypadł mi z kieszeni, ale że musiałem akurat coś załatwić postanowiłem zająć się tym wieczorem. Zapytałem na fb grupie czy nie został może znaleziony, a ktoś poradził mi żeby sprawdzić na posterunku. Tam też go znalazłem z dokumentami, kartami i pieniędzmi.

Hm. I tak się tu żyje mniej więcej.

Opublikowano w Azja, Chiny, Hong Kong | 10 Odpowiedzi