Forever forever

A post shared by iloveyourmici (@iloveyourmici) on

‚Forever forever’ szepce drzacym glosem do ucha swojej ukochanej chinski mlodzieniec w wyszywanym w roze surducie z Taobao. Ta prawdopodobnie sie rumieni, chociaz pod gruba warstwa makijazu nawet rodzina mialaby problemy z rozpoznaniem rysow jej twarzy. Miedzy nimi strzyze uszami bialy rumak, w tle biale piaski, morze, klify i dzungla. Jestesmy na plazy przy hotelu robotniczym w XiChong, w oficjalnie robotnicznym hotelu, a nieoficjalnie na bardziej ekskluzywnej czesci wybrzeza w okolicach Shenzhen. Przez chwile zastanawiam sie po co mam isc 15 minut na prom, plynac 25 minut do central, przesiadac sie na prom do Shezhen – kolejna godzina, godzina w metrze przez miasto i 40 minut taksowka do osrodka, kiedy z domu na palze mam 5 minut. Znowu kusi chinska przygoda. Po drodze na miejsce mijamy dwie inne plaze, jedna darmowa, na ktora trudna sie wcisnac i jedna za 5 zlotych, na ktorej tez jest dosc tloczno. Okazja sa urodziny kolegi kolegi, ktory ma zone Filipinke i polfilipinskie dzieci. Wszystkie nasze dzieci polskie a jakie rozne.

A post shared by iloveyourmici (@iloveyourmici) on

A post shared by iloveyourmici (@iloveyourmici) on

Bialy rumak na zdjeciu bedzie prezentowal sie pieknie, z boku wyglada bardziej jak worek kosci. Ubrany w biale polo chinski chlopek ogranicza prawdopodobnie aktywnosc konia do przeprowadzenia go ze zrujnowanego baraku do zagrody gdzie pary slubne robia sobie z nim zdjecia. Kilka metrow dalej, na plocie czeka w kolejce kolejny kawaler, lepiej przygotowany bo w jezdzieckich butach. W zasiegu wzroku mam jeszcze conajmniej 10 par, jedna pozuje w sztucznym balonie, tlusta panna mloda gramoli sie na ustawiony na plazy jacht, w regularnych odstepach kilka par ma sesje na tle morza. Ruch jest taki, ze na jachcie trwaja dwie sesje na raz, na wietrze lopocza baloniki z logiem Chanel. W calym osrodku par slubnych musi byc jednoczesnie conajmniej 30, wraz z nimi fotografowie, stylisci i asystenci, a wszystko to w potwornym upale.

A post shared by iloveyourmici (@iloveyourmici) on

A post shared by iloveyourmici (@iloveyourmici) on

A post shared by iloveyourmici (@iloveyourmici) on

Fotografia slubna to w Chinach duzy biznes. Widzialem juz wczesniej przypadkiem kila parkow zbudowanych specjalnie pod fotografie slubna. W tym znajduje sie „europejski’ (???) zajazd z szyldem Forever Forever, kaplica w stylu europejskim, szklana nowoczesna kaplica z zainstalowanym stadem gumowych golebi, fontanny, pergole, atrapa garbusa, atrapa ogorka i wspomniane balon i jacht. Sesja zdjeciowa w takim parku to jest dalej opcja dla ubogich. Chlopak z mojej firmy rok przed slubem polecial z narzeczona i pania fotograf na sesje w szwajcarskie Alpy.

Dokladnie w centrum slubnych atrakcji stoja rybackie lodzie. Przygladam im sie zainteresowaniem bo trudno je wlasciwie nazwac lodziami. Sa to jakies konstrukcje ludzi pustyni z Mad Maxa. Proba przetrwania w postapokaliptycznej rzeczywistosci. Rzemioslo widac w Chinach upadlo, ale rybacy jakos musza sobie radzic. Lodki sklecone sa ze smieci, kawalkow styropianu, bambusa, desek, plastikowych skrzynek i sznurkow. Jest ich kilka i widac podobna zasade konstrukcji, widac jakis lokalny mistrz wyspecjalizowal sie  w tym projekcie. Wszystko zrobione bez serca. Nie ma najmniejszego sladu tesknoty za pieknem, detalu, polamane deski z wystajacymi gwozdziami, wszystko tymczasowe jakby nie bylo pewnosci czy jutro uda sie jeszcze wyplynac. Albo rybacy maja prawo do polowow z plazy bo hotel wybudowano na miejscu ich wioski, albo placa jakis haracz hotelowie.

A post shared by iloveyourmici (@iloveyourmici) on

https://www.instagram.com/p/BVTWYC4nTdH/?taken-by=iloveyourmici

Krzysiek obiecywal wille na plazy. Willa jest jednak betonowa kostka, taka w jakiej mieszkamy na Lammie, tylko o jedno pietro wyzsza. Na chinski standard w hotelach trudno narzekac. Wszystko jest na ogol nowe i czyste. Meble, posciel, telewizor, lazienki, tylko wykonczone byle jak, byle szybko, byle tanio. Na trawniku przed wieksza willa duza ekipa przygotowuje wesele, rozstawiaja stoly, plota oltarz z setek roz. Prezenty dla gosci podniosly sie o poziomw jakosci. Kiedys garsc cukiereczkow pakowano w czerwony woreczek, tu  kazdy dostaje je w metalowej bombce, a do tego maseczki na twarz. Niedaleko stoi tez kilka malych budynkow z surowego kamienia. Czyzby bylo to pierwsze domki osrodka dla robotnikow? Wygladaja jak kwatery niewolnikow. Miejsce na grilla nie ma widoku na morze, jest to betonowy plac, a na nim kilkadziesiac betonowych palenisk obok siebie. W sumie nie rozni sie to bardzo od Hong Kongu. Jest polska kielbasa z polskiej masarni w Chinach. Janek lata bez majtek od jednych Chinczykow do drugich i probuje zlapac za puszke z piwem.

A post shared by iloveyourmici (@iloveyourmici) on

 

Nastepnego ranka po cichu szykujemy sie do powrotu. Janek zarzygal arbuzem cale lozko. Robie kilka zdjec slubnej scenerii i idziemy na autobus. Kierowca nie kaze nam skladac wozka, co zawsze ma miejsce w HK. Niby dobrze, a jednak odkad jestem ojcem to co wsiadam do chinskiego pojazdu to mam w glowie wizje wypadku. Autobus jest elegancki, nowy, elektryczny. I gdy tak mysle o ewentualnym dachowaniu z moim dzieckiem w wozku, kierowca zalicza dzwona w tunelu o wysokie pobocze. Pojazd sie kolysze, ale jedzie dalej. Nikt nic nie mowi, kierowca bedzie udawal przed kierownikiem, ze dlugie obtarcie na karoserii nowego pojazdu musialo juz tam byc wczesniej. Pozniej Halina mi mowi, ze tez miala w glowie wizje wypadku.

 

A post shared by iloveyourmici (@iloveyourmici) on

A post shared by iloveyourmici (@iloveyourmici) on

Na placu manewrowym auta nauki jazdy maja nad dachem naciagniete plandeki, ktore maja chronic je przed upalem. Kursanci jezdza z nimi mimo tego, ze zaslaniaja im widok w lusterku.

Chiny 

A post shared by iloveyourmici (@iloveyourmici) on

Czytajac teraz o tym Amerykaninie, ktory zostal aresztowany w Korei Polnocnej za kradziez plakatu propagandowego nie moge przestac myslec o naszym wyjezdzie do tego kraju. O tych wszystkich glupich rzeczach, ktore robilismy tam po pijanemu. Podobnie jak on caly wyjazd bralem za zart, podroz do parku rozrywki, a teraz mysle, ze przemycajac przez granice ich walute w gaciach bylem tak blisko marnego konca. Jakby ktos chcial przy okazji przeczytac odgrzewanego kotleta to tu jest: Korea  Polnocna

Opublikowano w Alternatywny przewodnik po Chinach, Azja, Chiny | Skomentuj

Szmalec

Moja potwornie wielka chinska firma matka, do ktorej nalezy nasz Hong Konski oddzial, weszla wczoraj na gielde. Pomysl wydaje sie dosc watpliwy. W architekturze (tu bardziej wnetrzach) zawsze sa gorki i dolki, raz sa zlecenia raz nie ma, masowe zwolnienia, klienci nie placa, a dochody jesli juz sa to raczej przewidywalne. Trudno zaskoczyc inwestorow wzrostem przychodow o 100% wzgledem roku ubieglego jak w przemysle czy IT. Po przedyskutowaniu tematu w firmie stwierdzilismy, ze nie ma co w to wchodzic, szczegolnie, ze nie dostalismy akcji pracowniczych. (Czy cos moze tak motywowac pracownika do solidnej pracy jak akcje pracownicze?) Nie dostalismy akcji, ale zaproszono nas wszystkich 12 osob na wielka fete w Shenzhen. Wydawaloby sie, ze na tego typu wydarzeniach w Chinach  zawsze sie znajda jakies absurdy do opisania, postanowilem wiec dolaczyc. Bal mial miejsce w sali w hotelu Intercontinental, przed wejsciem jakies wykopy, portierzy w strojach torreadorow, a do sali prowadza nas rusalki w fioletowych sukniach. Obluga ma poprzyklejane do ubran kody QR, ktore po zeskanowaniu zaprowadza nas do albumu ze zdjeciami pracujacych na miejscu fotografow. Kazdy z nich ma do lustrzanki podlaczony telefon, ktory na biezaco streamuje(???) zdjecia do albumu, tak ze niecierpliwi moga co chwile sprawdzic jak wyszli na zdjeciu. Nie widzialem wczesniej takiego rozwiazania, Chiny szybko lykaja wszystkie nowinki, Hong Kong 100 lat za murzynami, nic sie nie zmienia. Czy 100 lat za murzynami jest juz niepoprawne? Chiny kontynentalne szybko sie zmieniaja, za kazda wizyta widze cos nowego, nowe marki, pojazdy elektryczne. 7 lat temu pisalem o tym, ze w Pekinie nie ma juz 9 milionow rowerow. Tymczasem rzad znowu przycisnal mieszkancow jesli chodzi o wszelkiego rodzaju skuterki elektryczne i spalinowe co spowodowalo wysyp rowerow miejskich. Patrzac po kolorach rowerow w Shenzhen firm musi byc conajmniej 5, niektore maja bezdetkowe opony, koszt wypozyczenia to 50 groszy za godzine plus kaucja 150 zlotych. Niska cena chyba sprawia, ze rowery sa porzucane wszedzie, mozna je spotkac zaparkowane w najbardziej nietypowych miejscach, na srodku schodow, w krzakach, lezace na autostradzie.

 

A post shared by iloveyourmici (@iloveyourmici) on

 

Wystroj sali i skala imprezy przypominala przecietne chinskie wesele. Kelner trzesacymi sie rekami nalewa mi lampke szampana, z jednej strony billboard podaje numer gieldowy firmy i haslo ‚You raise me up’ inny pokazuje historie firmy. Na jednym ze zdjec jest moja biala morda, ktora sprawia, ze szefostwo z czystym sumieniem moze korzystac ze slowa International w nazwie firmy. Shezhen to nie prowincja, biali nie robia tu juz na nikim wrazenia, nikt nie chce sobie zrobic ze mna zdjecia. Z Chinczykami z firmy, ktorzy zawsze rozmawiaja przy mnie po Kantonsku nie zwiazalem sie specjalnie, nie mam tez za bardzo zdolnosci do zawierania nowych znajomosci i po chwili zastanawiam sie co ja tutaj wlasciwie robie. Wyglada to mniej wiecej tak:

A post shared by iloveyourmici (@iloveyourmici) on

Pijac trzecia lampke szmpana mysle, ze jak na prawdziwego bialego przystalo powinienem sie zalac w trupa jak w ‚Blinded by the lights’.

Chociaz jako odpowiedzialny ojciec musze ostatnio bardziej dbac o swoja prace. Inna opcja jest wtopienie sie w rosyjski kwartet smyczkowy, ktory przygrywa do otwarcia. Jego czlonkowie sa tu jedynymi bialymi oprocz mnie.

Wielki szef chyba musi byc bardzo majetnym czlowiekiem, co chwile kolejni goscie ustawiaja sie po ‚You raise me up’ z nim do zdjecia. Wszyscy usmiechnieci, blyskaja flesze, gra muzyka. O osmej siadamy przy stolach i przypominam sobie po co tu przyjechalem. Na dobra kolacje. Do tego jeszcze niestety dluga droga. Przemowienia wszystkich partnerow, wystepy chinskiego zespolu tanecznego, wspominki ze zdjec, dramatyczne efekty 3d na wielkim ekranie LED w tle i na koniec szef we wsparciu dwoch solistow spiewa ‚You raise me up’. Otacza nas kicz w stylu europejskich, m, balkoniki i malowidla gentelmanow na koniach. Ciezko sie to wszystko oglada, fioletowe lasery swieca prosto w oczy publiki, mysle, ze dobrze by bylo wracac niedlugo do domu, ale wtedy wjezdzaje one. Pieczone prosiaki ze blyskajacymi lampkami w oczach.

A post shared by iloveyourmici (@iloveyourmici) on

Bardzo kantonskie danie. Kazdy sciaga po plasterku pieczonej skory z grzebitu swini i kelnerzy zaraz je wynosza. To niestety kolejne rozczarowanie, liczylem na bardziej polnocna kuchnie, a tu niestety kantonska, za ktora nie przepadam. Kroluje kapsuta na rozne sposoby i lokalny przysmak abalone – sprawdzilem po polsku – uchowiec, jeszcze sie do niego nie przekonalem. W tym czasie dowiaduje sie juz, ze wartosc akcji w pierwszym dniu wzrosla o 50%. Jedna z partnerek w firmie wchodzi na scene i oglasza, ze firma postanowila przekazac 10mln RMB (5mln zl) na jakas szkole. Dalej juz tylko oklaski, usmiechy, niekonczace sie toasty i do domu. W taksowce szef mi mowi, ze koledzy z Shezhen mowia, ze wygladam jak Daniel Craig i ze on tez tak uwaza. W sumie juz to kilka razy w azji slyszalem, szczegolnie jak baniak ogole. Nie jest to klasycznie przystojny pan wiec nie wiem czy mam to brac jako komplement.

 

Opublikowano w Azja, Bez kategorii, Chiny, Praca | 1 Odpowiedź

W fabryce

Praca w Chińskiej fabryce zawsze kojarzyła się z pracą dzieci, wyzyskiem, biedą, niebezpiecznymi warunkami i niekończącymi się zmianami. Tymczasem szybko się to zmienia. Nawet Polskie media pisały o wycieczkach jakie finansowali chińscy właściciele fabryk tysiącom swoich pracowników. Sześć tysięcy poleciało na koszt pracodawcy do Paryża, gdzie zajęli prawie wszystkie miejsca w 200 hotelach, ponad 12 tysięcy z innej firmy poleciało do Tailandii, z innego zakładu, kobiety poleciały do Korei, gdzie mogły zobaczyć miejsce akcji ich ulubionych telenowel. Sponsorem wyjazdu do Paryża jest pan Li JinYuan. Właściciel firmy Tiens, produkującej farmaceutyki i kosmetyki. , Podobno w Paryzu powitano go czerwonym dywanem. Wyjazd kosztował 7 milionów euro i na jego potrzeby wyczarterowano 20 samolotów. W 2016 roku wysłał, może tych, którzy się załapali na pierwszy wyjazd, do Hiszpanii. Na zdjęciu wycieczka do Paryża. Strasznie mi się ta akcja podoba, szef musi być niesamowitym człowiekiem z takim gestem i wyobraźnią. Amerykański sen może się schować.

Pracownicy for my Tiens na wycieczce w Paryzu

A post shared by iloveyourmici (@iloveyourmici) on

Li JinYuan

A post shared by iloveyourmici (@iloveyourmici) on

Także w mojej fabryce nie jest źle. Firma należy do jednej z największych firm wnętrzarskich w Chinach, specjalizującej się w projektach centrów handlowych. O planach wycieczki do Paryża jeszcze nie słyszałem, ale na początku tygodnia szefostwo postanowiło wysłać większość pracowników do pobliskiego Shenzhen, gdzie mamy główną siedzibę. Podejrzewam, że cały wyjazd mógł być nakręcony tylko po to, żeby przy okazji wykorzystać mnie jako białą małpę i pokazać mnie kilku klientom. Mam ogromny sentyment do Chin i mimo, że tak daleko od Pekinu, zaraz po przekroczeniu granicy na mojej twarzy pojawia się, rzadko tam widziany uśmiech. Odległość niewielka, ale widać różnicę. Inaczej ubrani ludzie, często inny język i chińskie marki samochodów, cała masa elektrycznych, również autobusów. Siedziba główna mieści się w całkiem eleganckim, nowoczesnym biurowcu, w którym znajdują się też Microsoft i potężna chińska marka Tencent. Biuro zajmuje całą kondygnację, jest przestronne, jasne, świeżo wyremontowane, widać inspiracje amerykańskimi korporacjami jak Google, ale są też chińskie smaczki. Na przykład zielona ściana w holu z plastikowych roślin, do których przymocowano wielkie plastikowe motyle, kiepskiej jakości dizajnerskie meble itp.

Siedziba glowna

A post shared by iloveyourmici (@iloveyourmici) on

Zasiadamy w małym, otwartym audytorium, gdzie jedna z pracownic, w dość ciekawym stroju, pokazuje nam prezentację multimedialną, z której dowiemy się wielu ciekawych rzeczy o naszej firmie. Pojawia się wiele liczb i modnych haseł, 500 pracowników, 300 projektów w 100 miastach. Na jednym ze slajdów jest bardzo kiepskiej jakości centrum handlowe, a prezenterka oznajmia, że otrzymaliśmy za nie francuską nagrodę. Francuską nagrodę? pytam kolegę? Tak, francuską nagrodę, ale taką lewą. Płaci się za udział w konkursie dużą sumę i każdy uczestnik dostaje nagrodę. A tak, teraz wszystko pasuje, takich dziwnych dyplomów wydrukowanych na tuszowej drukarce na kiepskim papierze wisi na ścianie dość sporo.

A post shared by iloveyourmici (@iloveyourmici) on

Po prezentacji większość kolegów wybiera się na wycieczkę żeby zwiedzić nowe lokalne centra handlowe, w poszukiwaniu świeżych trendów, a ja zostaję z moją menadżerką i czekamy na wielkiego szefa. Gdy jesteśmy już sami ta oznajmia mi, że kilka uwag co do mojego stroju – miałem ubrać się elegancko na spotkania. Mam odwinąć nogawki spodni, buty się nie nadają i pada pytanie czy wyprasowałem koszulę. No nie wyprasowałem, ale jest lniana więc może nie trzeba? Okazuje się, że w biurze jest żelazko i ktoś mi ją wyprasuje. W mikro bibliotece bez okna zdejmują koszulę, podaje przez szparę w drzwiach i półnagi przeglądam książki. Na górnej półce stoją opasłe tomiska, takie po 1000 stron z tytułem „wybrane projekty- i tu nazwa naszej firmy”. Sięgam po jedno z nich i się okazuje, że to tylko atrapa książki. Puste pudełko z okładką. Widziałem już wcześniej w Chinach takie lewe książki np. w lobby hotelowych, ale robione na zamówienie dla firmy to nowość. Widać kraj się rozwija. Na jednej z półek w biurze wpada mi w oko jeszcze taki smaczek, może ktoś rozszyfruje:

Grzegirze

A post shared by iloveyourmici (@iloveyourmici) on

Podśmiewam się ze swojej firmy,  przez co czytający blog potencjalni pracodawcy z Polski mogą nie dać mi szansy, ale muszę przyznać, że jak na Hong Kong jest mi dobrze. Pierwszy raz w życiu miałem podsumowanie mojego pierwszego miesiąca w pracy, gdzie usłyszałem więcej komplementów niż przez całe życie od rodziców 😉 Nie no żartuje mamo. Na każde zadanie dostaję dużo więcej czasu niż potrzebuję. Nie mam nadgodzin, wychodzę 10 min po szóstej (pracuje się tu od 9 do 6) a to tylko dlatego, że do pracy docieram 10 min po dziewiątej. Poprzednia praca, w której o 4 rano robiłem sobie dwu godzinną drzemkę pod biurkiem w czasie całonocnych maratonów wydaje się odległym koszmarem.

Sloneczne Shenzhen z 56 Pietra

A post shared by iloveyourmici (@iloveyourmici) on

Opublikowano w Architektura, Azja, Bez kategorii, Biznes, Chiny, Praca, Życie w Chinach | 1 Odpowiedź

Masadżi

Opublikowano w Azja, Bez kategorii, Chiny, Hong Kong, Życie w Chinach | 3 Odpowiedzi

Typowa chińska chujówka czyli podsumowanie mojej architektonicznej kariery w Azji

Długo trzeba czekać teraz na mój wpis bo mało się dzieje. Ustatkowałem się, żyję spokojnie na mojej cudownej wyspie gdzie w styczniu mamy dalej 20 stopni. Kupiłem buty i poszedłem na trening FC Lamma, w piłkę nie grałem chyba od czasów podstawówki w Suwałkach, ale trzeba się poruszać. Po treningu sporo osób idzie na piwo i tak udało mi się poznać kolejną grupę mieszkańców Lammy. We wtorki w Island Barze jest promocja – piwo za 20HKD jeśli zapłacisz banknotem 20HKD. Promocja przerodziła się już praktycznie w cotygodniowy mikro festiwal, chyba z braku innych wydarzeń na wyspie. W łikendy sprzedajemy nasze kurczaki – Sunday Korean Chicken. Ze stolika w dżungli już się trochę rozrośliśmy, staliśmy się rozpoznawalną marką na wyspie i chyba też przez to zrobiliśmy sobie trochę wrogów wśród lokalnych restauratorów – to jeden z minusów życia w tak małej społeczności.  Nasze kurczaki też będą dobrym materiałem na kilka wpisów, ale jeszcze jest na to za wcześnie. I tak powoli stajemy się chyba lokalsami, pozwolicie, że tak brzydko spolszczę.

Nadchodzą jednak zmiany. Wygląda na to, że zakończę po pół roku swoje bezrobocie i jutro pójdę podpisać kontrakt. Myślę, że to dobra okazja, żeby podsumować moją architektoniczną karierę w Azji. TLTR była to równia pochyła w dół.

W zdaje się październiku 2010 roku wylądowałem pierwszy raz na chińskiej ziemi. Wybrałem Pekin, bo jeśli mieszkać w Chinach to w najbardziej chińskim mieście, a nie w HK czy SH. W planach miałem całe tournee, jeśli nie uda się w Pekinie polecę do Szanghaju, potem do Hong Kongu, a jeśli dalej nie będę miał pracy to zahaczę jeszcze o architektoniczny Sybir czyli Dubaj. Wszystko jednak poszło gładko, dzień po rozesłaniu CV dostałem pierwszy telefon z zaproszeniem na rozmowę, a po nim kolejne. Dalej pamiętam to uczucie, kiedy wyszedłem z pierwszej rozmowy, na której dostałem propozycję pracy. Zaproponowano mi 10.000 RMB, kwotę niewielką, ale wystarczająca na przeżycie w Pekinie. Wiedziałem, że mam już jakąś opcję i wszystko będzie dobrze. Rok 2010 był jeszcze dobrym czasem, żeby przyjechać do pracy do Chin. W ciągu tygodnia miałem miałem chyba 7 rozmów i po dwóch tygodniach od lądowania siedziałem już za biurkiem w chińskim biurze. I to patrząc z punktu widzenia karierowicza był pierwszy błąd. Miałem jeszcze ofertę z biura niemieckiego i amerykańskiego, ale postawiłem, że chcę doświadczyć Chin pełną gębą. Mało było jeszcze wtedy źródeł o pracy w tym kraju, nie wiedziałem jeszcze wtedy jak niska może być jakość architektury w lokalnej firmie i jak bardzo źle wygląda to w portfolio. Jednak jako przygoda był to wybór doskonały, szybko zostałem głównym projektantem, wyjazdy w różne zakątki Chin, miejsca, o których nikt nie słyszał, picie baijiu z klientami, cygaro od Mao Tsetunga. W niemieckim biurze siedziałbym sobie cicho za biurkiem i pewnie nic bm nie zobaczył.

Po roku zacząłem czuć frustrację, żadna z koncepcji nie zmierzała w kierunku realizacji, w biurze nie było nikogo od kogo mógłbym się uczyć, trochę bardziej zorientowałem się w sytuacji i postanowiłem znaleźć lepszą firmę. Rok 2012 był już chyba początkiem końca. Zachodnich architektów na rynku było już sporo, moje doświadczenie nie robiło wrażenia na dobrych firmach i zdałem sobie sprawę, że chińska firma nie była najmądrzejszym wyborem. Postawiłem sobie za cel, że odbuduję swój wizerunek. Chyba tylko dlatego, że mówiłem po chińsku dostałem pracę w IROJE, najlepszej południowo koreańskiej firmie. Sekretarka nie mówiła po angielsku i prawdopodobnie nie mogła skontaktować się z nikim innym. Iroje jest piękną maszyną, bardzo uporządkowaną, z mocną podstawą teoretyczną, detalami, hierarchią i bogatym portfolio. Ich oddział w Pekinie istnieje niestety tylko na pokaz i cała magia odbywa się w Seulu. Ja wraz z dwoma zesłańcami z głównej siedziby coś robiliśmy, ale bardziej się czułem, jako widz tego co się dzieje gdzieś daleko, niż czynny uczestnik. Mimo wszystko robiliśmy mnóstwo nadgodzin pracując nad jakimiś pierdołami. Koledzy z Korei chyba byli zadowoleni mogąc odetchnąć od zapieprzu, dla mnie ilość nadgodzin była ekstremalna. To co wyniosłem z tego biura to chyba wizję tego jak dobra pracownia powinna wyglądać i po przeczytaniu książki napisanej przez szefa odpowiedziałem sobie na pytanie, które nie dawało mi spokoju po pracy w chińskim biurze. Czym właściwie jest dobra architektura? Jak ją zdefiniować? Dla tych, których męczy to samo pytanie polecam lekturę „Beauty of poverty”. Po Pekinie miałem ochotę na nowe przygody i wylądowałem w Kuala Lumpur, co było też kiepską decyzją. Lecąc tam myślałem, że skoro tak sprawnie poradziłem sobie sam w Chinach to równie dobrze pójdzie w nowym kraju. Dopiero po jakimś czasie przypomniało mi się jak ciężko zacząć życie w nowym miejscu bez żadnych znajomych. Największym plusem była praca. Zatrudnił mnie Brytyjczyk, który prowadził niedużą, może 10 osobową firmę. Siedzibę mieliśmy w willi z ogrodem w mieszkaniowej dzielnicy. Buty zostawiało się przed wejściem. Dostałem prace jako kreatywny, chyba jako jedyny w biurze poza szefem miałem możliwość robienia koncepcji. Szef – jak dla mnie wzór – wspierał moje projektowanie dobrą radą, ale nic nie narzucał. Dostałem nawet szansę zrobić koncepcję nowego narodowego lotniska dla Manili jakkolwiek naiwnie to brzmi. W Malezji wytrzymałem 9 miesięcy z czego 6 pracowałem. Kolejny słaby punkt w portfolio. Tak krótki staż lepiej usunąć z CV bo wygląda mało wiarygodnie przy rozmowie o pracę. Do Azji wróciłem we wrześniu 2016 po krótkiej przerwie w Polsce. Zacząłem wysyłać CV bardzo pewny siebie. Mówię trochę po Chińsku, mam doświadczenie z Chin, dostanę pracę w każdym biurze. Okazało się, że nie jest tak jak myślę. Mówię trochę po chińsku, ale za słabo żeby prowadzić projekt, brak Kantońskiego uniemożliwia mi kontakt z lokalnymi wykonawcami i deweloperami a do tego nie znam lokalnych przepisów. Po 3 miesiącach zasypywania 300 biur z mojej listy mailami, gdy oszczędności życia były juz na wyczerpaniu, udało mi się dostać tymczasową pracę, przez znajomych w austriackim Baumschlager Eberle. Kolejna perełka, pracowałem przy projekcie budowlanym centrum handlowego, nadrabiałem braki w detalach, wszystko szło w dobrym kierunku odbudowania mocnego CV. Niestety po 6 miesiącach projekt się skończył i nie dostałem pełnej oferty pracy. Kolejne pół roku w portfolio, które wzbudzi podejrzenia potencjalnych pracodawców. Dalej 4 miesiące bezrobocia i twarde lądowanie w lokalnej firmie. Na pierwszym spotkaniu w usłyszeliśmy, że klient odrzucił kolejna koncepcję i to jest nasza ostatnia szansa. Jeśli stracimy projekt to stracimy też pracę. Szef mówił: „You have to bite the bullet”. Tym razem udało nam się wybronić, ale ta kryzysowa sytuacja miała miejsce co tydzień. Mnóstwo nadgodzin, setki nerwowo wypalonych papierosów, noce spędzone w biurze i pochodzący z bogatej rodziny szef, który do pracy przychodził o 18. Czasami nazywał nas wieśniakami bo nie mamy pojęcia jak projektować dla bogatych. To też różni Hong Kong od innych krajów, luksusowe projekty. W Polsce architektura jest dość typowa. Standardowe detale i rozwiązania, podobne, dostępne materiały. Tu bardzo dużo rzeczy robi się na zamówienie, okna, balustrady, meble z wykorzystaniem mosiądzu, marmurów. Materiały sprowadzane są z całego świata. Przez rok wracałem wściekły z pracy do domu, dojazd zajmował mi 1,5h w jedną stronę i często musiałem biec, żeby zdążyć na ostatnie metro. Projekt był jednak ogromny, klient wymagający i nadrobiłem zaległości w części technicznej, której najbardziej mi brakowało. Szef i menadżerowie nie potrafili uratować projektu. Klient nie zapłacił, a firma mając zaległości wobec konsultantów liczone w milionach zbankrutowała. Ostatnie dwa miesiące pracowałem na zlecenie w jednej firmie z żoną. W małym, włoskim biurze wnętrzarskim i wnętrza w Hong Kongu, jeśli jest dobry klient, mogą być dużo ciekawszym wyzwaniem niż lokalna architektura. Klient jest bogaty i bardzo wymagający. Interesuje go każdy szczegół jego luksusowej willi, otwarty kominek z wielkiej płyty trawertynu, biurko z orzecha, szwy na skórzanych uchwytach drabinki w dwupoziomowej bibliotece. Możliwość skupienia się na takich detalach daje duże pole do popisu i mogłoby być dobrą szkołą przed praca w architekturze.

A podsumowanie takie piszę, bo dostałem ofertę pracy w firmie z Chin komunistycznych. Oddział w Hong Kongu. Historia mojego CV zatacza koło, po próbach poprawy portfolio znowu jestem na dnie, w firmie jak ta z 2010 roku z Pekinu. Przyjemnie było przyjść na rozmowę i widzieć jak się dyrekcji oczka świecą podczas rozmowy ze mną, jak słuchają o projektach w moim portfolio i jakie wrażenie na nich robi to, że coś tam mówię po chińsku. Pytają czy nie mam nic przeciwko wyjazdom do Chin na spotkania z klientami, czy mogę prezentować projekty przed duża grupą ludzi. Znowu będę białą małpą. Chcą też żebym był odpowiedzialny za koncepcję. Nie muszę się martwić o detale, nie będę robił żadnych rysunków technicznych. Od tego mamy 500 osób rozrzuconych w kilku miastach w Chinach. Niby cała próba poprawy wizerunku na nic, ale od 2010 zmieniło się to, że chyba wiem już więcej, praca pod kimś strasznie mnie irytuje i może będę wstanie tym razem stworzyć coś mądrego. Mam nadzieje, że odżyje też blog bo na tych wyjazdach do Chin zawsze jakieś dziwne rzeczy się dzieją. A jeśli nie, to dzięki temu, że mam teraz wizę dla małżonków, która pozwala mi pracować gdzie chcę, będę w stanie na spokojnie poszukać czegoś ciekawszego. Moje doświadczenie patrząc na pojedyncze firmy jest dość mizerne, ale jako całość robi się z tego coś ciekawego. Pracowałem przy tylu różnych projektach, na wszystkich etapach, że co się nie trafi to jakoś już sobie poradzę. Wojtek Inżynier skomentował, że po tylu latach dziwi się, że nie jestem milionerem, w tym tygodniu zaczynamy rok koguta, może ten rok będzie rokiem robienia pieniędzy.

Wizyta w swiatyni w intencji o dobra prace

A photo posted by iloveyourmici (@iloveyourmici) on

Koleżanki z pracy żony zabrały mnie dziś do świątyni na modły w intencji dobrej pracy.

Opublikowano w Architektura, Azja, Chińskie koszmary architektury, Chiny, Hong Kong, Praca, Życie w Chinach | 9 Odpowiedzi