Typowa chińska chujówka czyli podsumowanie mojej architektonicznej kariery w Azji

Długo trzeba czekać teraz na mój wpis bo mało się dzieje. Ustatkowałem się, żyję spokojnie na mojej cudownej wyspie gdzie w styczniu mamy dalej 20 stopni. Kupiłem buty i poszedłem na trening FC Lamma, w piłkę nie grałem chyba od czasów podstawówki w Suwałkach, ale trzeba się poruszać. Po treningu sporo osób idzie na piwo i tak udało mi się poznać kolejną grupę mieszkańców Lammy. We wtorki w Island Barze jest promocja – piwo za 20HKD jeśli zapłacisz banknotem 20HKD. Promocja przerodziła się już praktycznie w cotygodniowy mikro festiwal, chyba z braku innych wydarzeń na wyspie. W łikendy sprzedajemy nasze kurczaki – Sunday Korean Chicken. Ze stolika w dżungli już się trochę rozrośliśmy, staliśmy się rozpoznawalną marką na wyspie i chyba też przez to zrobiliśmy sobie trochę wrogów wśród lokalnych restauratorów – to jeden z minusów życia w tak małej społeczności.  Nasze kurczaki też będą dobrym materiałem na kilka wpisów, ale jeszcze jest na to za wcześnie. I tak powoli stajemy się chyba lokalsami, pozwolicie, że tak brzydko spolszczę.

Nadchodzą jednak zmiany. Wygląda na to, że zakończę po pół roku swoje bezrobocie i jutro pójdę podpisać kontrakt. Myślę, że to dobra okazja, żeby podsumować moją architektoniczną karierę w Azji. TLTR była to równia pochyła w dół.

W zdaje się październiku 2010 roku wylądowałem pierwszy raz na chińskiej ziemi. Wybrałem Pekin, bo jeśli mieszkać w Chinach to w najbardziej chińskim mieście, a nie w HK czy SH. W planach miałem całe tournee, jeśli nie uda się w Pekinie polecę do Szanghaju, potem do Hong Kongu, a jeśli dalej nie będę miał pracy to zahaczę jeszcze o architektoniczny Sybir czyli Dubaj. Wszystko jednak poszło gładko, dzień po rozesłaniu CV dostałem pierwszy telefon z zaproszeniem na rozmowę, a po nim kolejne. Dalej pamiętam to uczucie, kiedy wyszedłem z pierwszej rozmowy, na której dostałem propozycję pracy. Zaproponowano mi 10.000 RMB, kwotę niewielką, ale wystarczająca na przeżycie w Pekinie. Wiedziałem, że mam już jakąś opcję i wszystko będzie dobrze. Rok 2010 był jeszcze dobrym czasem, żeby przyjechać do pracy do Chin. W ciągu tygodnia miałem miałem chyba 7 rozmów i po dwóch tygodniach od lądowania siedziałem już za biurkiem w chińskim biurze. I to patrząc z punktu widzenia karierowicza był pierwszy błąd. Miałem jeszcze ofertę z biura niemieckiego i amerykańskiego, ale postawiłem, że chcę doświadczyć Chin pełną gębą. Mało było jeszcze wtedy źródeł o pracy w tym kraju, nie wiedziałem jeszcze wtedy jak niska może być jakość architektury w lokalnej firmie i jak bardzo źle wygląda to w portfolio. Jednak jako przygoda był to wybór doskonały, szybko zostałem głównym projektantem, wyjazdy w różne zakątki Chin, miejsca, o których nikt nie słyszał, picie baijiu z klientami, cygaro od Mao Tsetunga. W niemieckim biurze siedziałbym sobie cicho za biurkiem i pewnie nic bm nie zobaczył.

Po roku zacząłem czuć frustrację, żadna z koncepcji nie zmierzała w kierunku realizacji, w biurze nie było nikogo od kogo mógłbym się uczyć, trochę bardziej zorientowałem się w sytuacji i postanowiłem znaleźć lepszą firmę. Rok 2012 był już chyba początkiem końca. Zachodnich architektów na rynku było już sporo, moje doświadczenie nie robiło wrażenia na dobrych firmach i zdałem sobie sprawę, że chińska firma nie była najmądrzejszym wyborem. Postawiłem sobie za cel, że odbuduję swój wizerunek. Chyba tylko dlatego, że mówiłem po chińsku dostałem pracę w IROJE, najlepszej południowo koreańskiej firmie. Sekretarka nie mówiła po angielsku i prawdopodobnie nie mogła skontaktować się z nikim innym. Iroje jest piękną maszyną, bardzo uporządkowaną, z mocną podstawą teoretyczną, detalami, hierarchią i bogatym portfolio. Ich oddział w Pekinie istnieje niestety tylko na pokaz i cała magia odbywa się w Seulu. Ja wraz z dwoma zesłańcami z głównej siedziby coś robiliśmy, ale bardziej się czułem, jako widz tego co się dzieje gdzieś daleko, niż czynny uczestnik. Mimo wszystko robiliśmy mnóstwo nadgodzin pracując nad jakimiś pierdołami. Koledzy z Korei chyba byli zadowoleni mogąc odetchnąć od zapieprzu, dla mnie ilość nadgodzin była ekstremalna. To co wyniosłem z tego biura to chyba wizję tego jak dobra pracownia powinna wyglądać i po przeczytaniu książki napisanej przez szefa odpowiedziałem sobie na pytanie, które nie dawało mi spokoju po pracy w chińskim biurze. Czym właściwie jest dobra architektura? Jak ją zdefiniować? Dla tych, których męczy to samo pytanie polecam lekturę „Beauty of poverty”. Po Pekinie miałem ochotę na nowe przygody i wylądowałem w Kuala Lumpur, co było też kiepską decyzją. Lecąc tam myślałem, że skoro tak sprawnie poradziłem sobie sam w Chinach to równie dobrze pójdzie w nowym kraju. Dopiero po jakimś czasie przypomniało mi się jak ciężko zacząć życie w nowym miejscu bez żadnych znajomych. Największym plusem była praca. Zatrudnił mnie Brytyjczyk, który prowadził niedużą, może 10 osobową firmę. Siedzibę mieliśmy w willi z ogrodem w mieszkaniowej dzielnicy. Buty zostawiało się przed wejściem. Dostałem prace jako kreatywny, chyba jako jedyny w biurze poza szefem miałem możliwość robienia koncepcji. Szef – jak dla mnie wzór – wspierał moje projektowanie dobrą radą, ale nic nie narzucał. Dostałem nawet szansę zrobić koncepcję nowego narodowego lotniska dla Manili jakkolwiek naiwnie to brzmi. W Malezji wytrzymałem 9 miesięcy z czego 6 pracowałem. Kolejny słaby punkt w portfolio. Tak krótki staż lepiej usunąć z CV bo wygląda mało wiarygodnie przy rozmowie o pracę. Do Azji wróciłem we wrześniu 2016 po krótkiej przerwie w Polsce. Zacząłem wysyłać CV bardzo pewny siebie. Mówię trochę po Chińsku, mam doświadczenie z Chin, dostanę pracę w każdym biurze. Okazało się, że nie jest tak jak myślę. Mówię trochę po chińsku, ale za słabo żeby prowadzić projekt, brak Kantońskiego uniemożliwia mi kontakt z lokalnymi wykonawcami i deweloperami a do tego nie znam lokalnych przepisów. Po 3 miesiącach zasypywania 300 biur z mojej listy mailami, gdy oszczędności życia były juz na wyczerpaniu, udało mi się dostać tymczasową pracę, przez znajomych w austriackim Baumschlager Eberle. Kolejna perełka, pracowałem przy projekcie budowlanym centrum handlowego, nadrabiałem braki w detalach, wszystko szło w dobrym kierunku odbudowania mocnego CV. Niestety po 6 miesiącach projekt się skończył i nie dostałem pełnej oferty pracy. Kolejne pół roku w portfolio, które wzbudzi podejrzenia potencjalnych pracodawców. Dalej 4 miesiące bezrobocia i twarde lądowanie w lokalnej firmie. Na pierwszym spotkaniu w usłyszeliśmy, że klient odrzucił kolejna koncepcję i to jest nasza ostatnia szansa. Jeśli stracimy projekt to stracimy też pracę. Szef mówił: „You have to bite the bullet”. Tym razem udało nam się wybronić, ale ta kryzysowa sytuacja miała miejsce co tydzień. Mnóstwo nadgodzin, setki nerwowo wypalonych papierosów, noce spędzone w biurze i pochodzący z bogatej rodziny szef, który do pracy przychodził o 18. Czasami nazywał nas wieśniakami bo nie mamy pojęcia jak projektować dla bogatych. To też różni Hong Kong od innych krajów, luksusowe projekty. W Polsce architektura jest dość typowa. Standardowe detale i rozwiązania, podobne, dostępne materiały. Tu bardzo dużo rzeczy robi się na zamówienie, okna, balustrady, meble z wykorzystaniem mosiądzu, marmurów. Materiały sprowadzane są z całego świata. Przez rok wracałem wściekły z pracy do domu, dojazd zajmował mi 1,5h w jedną stronę i często musiałem biec, żeby zdążyć na ostatnie metro. Projekt był jednak ogromny, klient wymagający i nadrobiłem zaległości w części technicznej, której najbardziej mi brakowało. Szef i menadżerowie nie potrafili uratować projektu. Klient nie zapłacił, a firma mając zaległości wobec konsultantów liczone w milionach zbankrutowała. Ostatnie dwa miesiące pracowałem na zlecenie w jednej firmie z żoną. W małym, włoskim biurze wnętrzarskim i wnętrza w Hong Kongu, jeśli jest dobry klient, mogą być dużo ciekawszym wyzwaniem niż lokalna architektura. Klient jest bogaty i bardzo wymagający. Interesuje go każdy szczegół jego luksusowej willi, otwarty kominek z wielkiej płyty trawertynu, biurko z orzecha, szwy na skórzanych uchwytach drabinki w dwupoziomowej bibliotece. Możliwość skupienia się na takich detalach daje duże pole do popisu i mogłoby być dobrą szkołą przed praca w architekturze.

A podsumowanie takie piszę, bo dostałem ofertę pracy w firmie z Chin komunistycznych. Oddział w Hong Kongu. Historia mojego CV zatacza koło, po próbach poprawy portfolio znowu jestem na dnie, w firmie jak ta z 2010 roku z Pekinu. Przyjemnie było przyjść na rozmowę i widzieć jak się dyrekcji oczka świecą podczas rozmowy ze mną, jak słuchają o projektach w moim portfolio i jakie wrażenie na nich robi to, że coś tam mówię po chińsku. Pytają czy nie mam nic przeciwko wyjazdom do Chin na spotkania z klientami, czy mogę prezentować projekty przed duża grupą ludzi. Znowu będę białą małpą. Chcą też żebym był odpowiedzialny za koncepcję. Nie muszę się martwić o detale, nie będę robił żadnych rysunków technicznych. Od tego mamy 500 osób rozrzuconych w kilku miastach w Chinach. Niby cała próba poprawy wizerunku na nic, ale od 2010 zmieniło się to, że chyba wiem już więcej, praca pod kimś strasznie mnie irytuje i może będę wstanie tym razem stworzyć coś mądrego. Mam nadzieje, że odżyje też blog bo na tych wyjazdach do Chin zawsze jakieś dziwne rzeczy się dzieją. A jeśli nie, to dzięki temu, że mam teraz wizę dla małżonków, która pozwala mi pracować gdzie chcę, będę w stanie na spokojnie poszukać czegoś ciekawszego. Moje doświadczenie patrząc na pojedyncze firmy jest dość mizerne, ale jako całość robi się z tego coś ciekawego. Pracowałem przy tylu różnych projektach, na wszystkich etapach, że co się nie trafi to jakoś już sobie poradzę. Wojtek Inżynier skomentował, że po tylu latach dziwi się, że nie jestem milionerem, w tym tygodniu zaczynamy rok koguta, może ten rok będzie rokiem robienia pieniędzy.

Wizyta w swiatyni w intencji o dobra prace

A photo posted by iloveyourmici (@iloveyourmici) on

Koleżanki z pracy żony zabrały mnie dziś do świątyni na modły w intencji dobrej pracy.

Ten wpis umieszczono w kategorii Architektura, Azja, Chińskie koszmary architektury, Chiny, Hong Kong, Praca, Życie w Chinach. Dodaj link do ulubionych. Dodaj komentarz lub zostaw trackback: Trackback URL.

9 Komentarze

  1. Ciekawy
    Opublikowano Styczeń 26, 2017 o 7:44 am | Link

    Czemu architekci mają mentalność niewolnika? Czy wieczne nadgodziny to swoisty masochizm? Nie będzie lepiej się żyło architektom, gdy w imię wyimaginowanych wyższych celów będą całe życie poświęcać pracy, która przy takiej ilości godzin robi się mało efektywna. Przestańcie dawać się wykorzystywać i zachowywać się jak prostytutki, a zacznijcie szanować siebie, swój czas i swoich bliskich.

    • filips
      Opublikowano Styczeń 26, 2017 o 8:47 am | Link

      Nie wiem czy jestes architektem. Wiele dobrych projektow to rezultat wielu nadgodzin. Mozesz isc do kipeskiego biura bez nadgodzin, ale odbije sie to na Twoje karierze. Sa oczywiscie wyjatki. Baumschlager Eberle dobrze placi za nadgodziny I robi ich Malo. Ale czesto dostac prace w takim biurze nie jest latwo I jesli masz na utrzymaniu rodzine bucoe niewolnikiem moze byc jedyna opcja zarobienia pieniedzy. W Azji tez jest inna kultura pracy. Szef koreanskiego biura podobno powiedzial jakiemus pracownikowi, ze mlodzi architekci powinni pracowac za darmo bo czemu mialbym placic im za to, ze ich uczy? Nie bronie nadgodzin, Sam dostaje szalu jak mam je robic. Pisze jak jest, a osobiscie brakuje mi tego jak szef w Irlandii prosil mnie ze wstydem raz na miesiac czy moglbym zostac godzine dluzej bo zappmnial ze ma cos na jutro. Pozdrawiam

  2. Emciej
    Opublikowano Styczeń 26, 2017 o 11:39 am | Link

    Hehehe gdzieś miej ten hajs! Właśnie obczailem opis całej trasy dookoła Chin i zabieram się do lektury! Taka przygoda jest warta więcej niż zarobienie pierwszego miliona który i tak się rozpłynie jak to hajs. …

    • filips
      Opublikowano Styczeń 26, 2017 o 12:10 pm | Link

      Dokładnie tak jak mówisz Emciej 😉

  3. Antek
    Opublikowano Styczeń 26, 2017 o 1:33 pm | Link

    Życzę duzo milionów 🙂 kogutowy rok to będzie dobry rok…

  4. Solo
    Opublikowano Styczeń 27, 2017 o 1:32 am | Link

    Zgadzam sie, ze blog z Chin zawsze jakos tak latwiej sie pisalo. Moze to przez to ze HK/Malezja i inne nie sa wcale takie rozne? Plus w Chinach sie po prostu duzo dzieje gdzie reszta, w porownaniu, wydaje sie taka… zastala :).

    W kazdym razie – pisz 😀

  5. Wojtek inzynier
    Opublikowano Marzec 20, 2017 o 11:52 am | Link

    Ale czuję się wyróżniony tekstem. Tak, nadal uważam że jeśli zechcesz zostaniesz milionerem 🙂
    Długo nie pisałeś, ale dziś odkryłem Twoje ostatnie wpisy i wszystko nadgoniłem. Gratulacje. Sam jestem małym trybikiem amerykańskiej korporacji pracując w Warszawie. Trochę świata dzięki temu zobaczyłem. Niestety żadnej z mojej części nie robili w Chinach (choć wielu moich kolegów z biura miało więcej szczęścia i wizytowali fabryki za Wielkim Murem), i choć przez 3 lata pracowałem dla Chińczyków (robliśmy silnik Leap-1C, dokładnie system mocowania do skrzydła ich Comaca), to oni przylatywali do USA, a nie my do nich.
    BTW oglądając insta korean chicken (link był w tekście) mogę pogratulować Żony.

    • filips
      Opublikowano Czerwiec 20, 2017 o 7:37 am | Link

      Dziekuje. Przekazalem zonie gratulacje. Wygooglowalem Leap-1c. jakis duzy silnik. Czy Polska jest potega awiacji? Ostatnio na jakims forum stolarskim znalazlem wpis Amerykanina, ktory opisie mial napisane ze mieszka w Polsce i jest dyroktorem jakies firmy produkujacej awionetki. Z ciekawosci pobrnalem dalej, znalazlem firme, pisal ze juz ich Chinczycy kupili, ale czesc produkcji zostanie w Polsce. I jak sie zyje jako trybik korporacji? Mi praca dla kogos nie daje satysfakcji i coraz bardziej mnie to meczy.

      pozdrawiam

      • Wojtek inzynier
        Opublikowano Czerwiec 20, 2017 o 8:56 am | Link

        Jako inżynier pewnie wolałbym sobie sam projektować, mieć własną ugadaną fabrykę, oraz klientów, którzy płaciliby mi bezpośrednio. Problemem zarówno z pociągami (studia), motoryzacją (zaraz po), jak i ostatnie 10 lat w silnikach odrzutowych, że nie da się tego ogarnąć ani w pojedynkę, ani nawet z kilku kolegów. Stąd jest mi w korpo znakomicie. Niestety czuję ogromną zależność od pracodawcy – zmienia się CEO z syna inżyniera lotnictwa, na bankiera (oby nie bankstera) i wiem, że gdy przyjdzie co do czego, z dnia na dzień mogę zostać bez pracy. I to nawet nie chodzi o znalezienie pracy, choć w moim R&D jest ponad 2000 etatów inżynierów, więc gdyby ta chmara ruszyła na poszukiwania, o pracę byłoby ciężko nie tylko w Polsce…, ale też o to, że obecnie zarabiam wystarczająco (około niemiecka pensja inżyniera absolwenta z około 2-3letnim doświadczeniem, mimo że mieszkam w Polsce – te 10 lat więcej doświadczenia ciężko spieniężyć zmieniając pracę).
        Mając własną firmę, wg mnie jest się bardziej niezależnym. Architekt może zrobić projekt bardziej oderwany od firmy budowlanej, niż taki inżynier silnik odrzutowy. Oczywiście upraszczam. Niemniej życzę powodzenia, a Żony niezmiennie gratuluję 🙂

Dodaj komentarz